środa, 03 stycznia 2007
Seul
Zapraszam na krótką fotowycieczkę po sylwestrze i nowym roku.
  31 grudnia, stadion. Tak jak przewidywałem, nikt nie grał na saksofonie.  Moje dwie niezłomne towarzyszki podróży. Wybitne córki fotografów. Nieustrzaszone poszukiwaczki kolczyków. W ostatnich popołudniowych promieniach 2006 roku.  Tam, gdzie zamiast miejsca są góry, trzeba budować wzwyż.   Itaewon, szemrana dzielnica cudzoziemców, subtelny klimat inner city. Dziewczyny są niespokojne. Jak gdyby coś im przy mnie groziło!  W koreańskich parkach nietrudno o siłownię pod gołym niebem. Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce dla postanowień noworocznych niż ławeczka do wyciskania?  Można.  Króciutki urywek Seulu.  Konkurs na najśmieszniejszy dymek do zdjęcia. Tylko poważne propozycje!  1 stycznia. I Ty możesz mieć podwójne powieki (nie Ty, Ty już masz!)  Abgujong, dzielnica pięknych i bogatych -- bałem się, że mnie nie wpuszczą. Gabinetów chirurgii plastycznej jest tu chyba więcej, niż we Wrocławiu fryzjerów. Wszystkim wszystkiego najlepszego z okazji wszystkiego!
sobota, 23 grudnia 2006
fabryka małżeństw i inne opowiadania
Kiedy zostaliśmy zaproszeni, nie bardzo wiedzieliśmy, czego się
spodziewać, więc spodziewaliśmy się czegoś wyjątkowego. W pewnym sensie
nasze oczekiwania się spełniły.
Wielkie koreańskie wesele! Nie było wcale wielkie, nie było nawet
na dobrą sprawę weselem (ani pod względem proceduralnym, ani
etymologicznym), ale pod taką nazwą zostanie w naszej pamięci. Nie
można zmieniać dziecku dziewczęcego imienia tylko dlatego, że urodził
się chłopiec.
Miejsce: wielki, nowoczesny, oszklony budynek, w środku pośrodku
ruchome schody do góry, obok nich nasza ostatnia okazja, aby kupić młodym
zapudełkowany bukiet kwiatów, można sobie wybrać spośród stu
identycznych zestawów, ale żaden nie przypadł nam do gustu. Na każdym
kolejnym piętrze tłum, zgiełk i po dwie duże sale, w sumie chyba sześć,
zgaduję, że w ciągu dnia są w stanie obsłużyc nawet kilkadziesiąt par.
"To dlatego, że w Korei jest bardzo mało miejsca", powie nam ktoś
później przy walnym obiedzie, może i żartem, ale ta wizja działa na
wyobraźnie, Korea jest jednym z najciaśniej zaludnionych krajów świata,
to się widzi (a potem jeszcze dla pewności sprawdza na wikipedii).
Z panem młodym, Young Ho, łączy mnie bardzo trudna, powierzchowna
znajomość, która mimo szczerych chęci z obu stron utknęła na
najbardziej początkowym etapie z powodu problemów komunikacyjnych. Cała
niezręczność i stresowość sytuacji polega na tym, że Young Ho też jest
tłumaczem angielskiego, a więc teoretycznie znamy ten sam język i nie
wypada mi przecież rozmawiać z nim za pośrednictwem innych tłumaczy,
ani tym bardziej na migi. Niestety, nasza typowa konwersacja to jedno
wielkie pasmo klęsk i niepowodzeń. Wymiana komunikatów niczym kiepski
pingpong: nie potrafimy nawet odbierać swoich prostych serwów, a kiedy
już się uda, to za moment piłeczka upada na ziemie gdzieś daleko od
stołu i trzeba po nią iść i podnosić. Na ślubie nie było inaczej.
Mimo to wśród ogółu gości byłem, paradoksalnie, jednym z tych mu
bliższych, ponieważ dwóch trzecich nie znał wcale -- zostali zaproszeni
przez rodziców. I gdy przyglądałem się temu, co się dzieje, miałem
wrażenie,
że nasze wielkie koreańskie wesele składało się
wyłącznie z części bolesnej. Najpierw odbyła się ceremonia zaślubin w
obrządku mniej-więcej Zachodnim, która przez dłuższy czas przebiegała
gdzieś niepostrzeżenie na obrzeżach uwagi gości, zajętych rozmową.
Atmosfera kawiarniana. Ktoś stał za "ołtarzem" i udzielał młodym
przydługiego kazania, prawił życiowe mądrości. Był element show z
muzyką, grą świateł i szczyptą kiczu (bańki mydlane!), był
wyreżyserowany moment radości (Pan Młody musiał krzyknąć po trzykroć
"zwycięstwo!"), była długa sesja zdjęciowa. Później przenieśliśmy się
do jednego z wielu otwartych na długi korytarz małych boksów, gdzie
została odegrana część koreańska, czyli transakcja biznesowa między
dwiema rodzinami, w tradycyjnych strojach, bardziej kameralna, cała w
błysku flesza, który wyznaczał rytm i porządek wydarzeń. Część radosna
zaczęła się dopiero w momencie, gdy zmęczona para
młoda uciekła na zasłużony miesiąc miodowy, zostawiając gości swoich i
cudzych na
ogromnej sali pełnej pysznego jedzenia (na którą wpuszczano po okazaniu
kuponów obiadowych).
Wspólny obiad z wszystkimi gośćmi wszystkich ślubów był ostatnim
akcentem wielkiego koreańskiego wesela. Około drugiej, trzeciej
popołudniu byliśmy wolni i ruszyliśmy do centrum miasta, najpierw na
zakupy, pod wieczór na kawę. Zanim wylądowaliśmy na dwie godziny w
Starbucksie, zobaczyliśmy jeszcze na jednej z ulic nieszczęśliwe
południowokoreańskie dzieci. Na naszych oczach tłumowi nastolatek w
delirium uciekł sprzed nosa czarnym autem Idol. Płakały, krzyczały,
obwiniały się nawzajem, ściskając w rękach puste notatniki bez
autografu, biała kartka, czarna rozpacz. Nic tu nie pomożemy, idziemy.
Przy kawie Alice, na co dzień moja dzielna tłumaczka, opowiada nam o
tym, że wciąż całkiem sporo małżeństw w Korei jest aranżowanych przez
rodziców, że ojcowie na ogół zdecydowanie bardziej cenią sobie
narodziny syna, niż córki, a gdy żona "nie potrafi" obdarować ich
męskim potomkiem, niektórzy gotowi są szukać sobie konkubiny, i to przy
pełnym poparciu ze strony rodziców.
Zapytałbym się Young Ho o jego pogląd na te sprawy, ale się nie odważę,
bo przecież słabo się znamy. Choć pewnie i tak on nie zrozumiałby
pytania, a ja odpowiedzi.







środa, 20 grudnia 2006
poniedziałek, 04 grudnia 2006
zima, zima
Sobota, 2 grudnia; Anio marznie w słońcu. Takiej zimy w Korei nie pamiętają najstarsi polscy górale. To pewnie chłodny front powietrza z Północy.   Zwiedzamy z Apsem buddyjski klasztor. Aps pracował tu kiedyś jako przewodnik?  Jedną z wielu rzeczy, których Ania nauczyła się w Korei, jest spanie w trudnych warunkach. Anio, wstawaj, za chwilę musisz być na kolejnym zdjęciu.  Ania już dochodzi do siebie, a my tymczasem podziwiamy słynną Bramę z Chińskimi Znaczkami. W tle widać góry, a za górami morze, za morzem jest Japonia, a za Japonią już tylko Koniec Świata.  Paulini swoim dwunastokrotnym zoomem próbuje uchwycić Konieć Świata, ale widoczność tego dnia nie była najlepsza.  To już niedziela, jesteśmy w okrojonym składzie na wiosce, w gościach. Przed chwilą byliśmy w prawdziwym koreańskim, katolickim domu, gdzie każde z nas dostało kawę z miodem i różaniec. Teraz jemy z rodzicami Apsa kolację w restauracji. Robienie zdjęcia to świetny pretekst do tego, żeby wstać i się rozprostować -- jeszcze nigdy nie jadłem tak dobrych rzeczy w tak niewygodnej pozycji.  Listopada trzydziestego, mp3, numer telefonu -- taką zagadkę to nawet ja potrafię rozwiązać.  Kolczyki, których Ania nie kupiła. Następnym razem będzie o Korei, obiecuję.
niedziela, 26 listopada 2006
jesień, jesień
Wczoraj zaliczyliśmy spaloną próbę wejścia na Gumosan, zachodzące coraz wcześniej słońce potrafi pokrzyżować plany najdzielniejszym polskim alpinistom. Za tydzień nic nas nie powstrzyma albo nie nazywam się Łukasi.Dzisiaj byliśmy na deszczowym-firmowym wypadzie do Busan, przez cały dzień było szaro i mokro, ale czego się spodziewać po darmowej wycieczce. Najpierw pojechaliśmy na wielki stadion, który swoje dziewięćdziesiąt minut miał cztery lata temu, a teraz pewnie grają na nim ligowi kopacze i zespoły rockowe. W pewnym momencie reszta wycieczki gdzieś zniknęła i zostałem na trybunach sam jeden, i zacząłem wsłuchiwać się w tą zadaszoną ciszę, może w nadziei, że gdzieś tam w górze ciągle cichym echem unosi się polski hymn Edyty Górniak, ale na próżno. I gdy już miałem złączyć się z narodem, usłyszałem w oddali zawodzący saksofon, taki smutny, co robi czasem w filmach za podkład do nocnych ujęć zasypiających miast, albo szaroporannych ujęć budzących się miast, i dobrze podkreślał opustoszałość tej zachmurzonej, betonowej świątyni. Więc sprawdziłem godzinę zrobienia ostatniego zdjęcia na aparacie, policzyłem trochę na chybił trafił, że mam jeszcze parę minut, i zacząłem szukać tego smutnego kibica, wg ogólnoświatowej zasady "im głośniej, tym bliżej". I kiedy w końcu już głośniej słyszeć go nie mogłem, pojawił mi się za jedną z tylnych bram prowadzących na trybuny. Chciałem podejść naprawdę blisko, tak żeby mógł mnie zauważyć, ale rozmyśliłem się, bo mógłby przestać grać i zacząć dukać coś po angielsku, a to już nie to samo. Więc zrobiłem mu zdjęcie i wróciłem na trybuny, gdzie wypatrzył mnie porządkowy i zagwizdał na mnie dwa razy (myślą, że jak wygrali 2-0 to wszystko im wolno?) i zaczął mnie przyzywać do siebie, jakby chciał mi dać przynajmniej żółtą kartkę, ale on chyba tylko nie chciał, żeby grupa odjechała beze mnie.
Myślę sobie, że miałem szczęście, bo na mecz piłkarski z kompletem publiczności można iść zawsze, ale jak często przytrafia się żywy saksofonista na pustym stadionie?
           
|
|