|
Blog > Komentarze do wpisu
Gumi, czesc pierwsza
![]() Wszystko zaczyna sie rano, kiedy budzi mnie komorka (ale za to nie laczy sie z zadna siecia; w Polsce jest odwrotnie: laczy sie, ale nie budzi). Mam lazienke i prysznic w jednym (jezeli wydaje Wam sie, ze Wy w domu tez macie lazienke i prysznic W JEDNYM, to sie mylicie), dwie szafy wlasciwe (niestety trzeba otwierac i zamykac drzwi) oraz lozko z funkcja szafy (nalezy do mojego nieistniejacego wspollokatora), kilometry szescienne przestrzeni polkowo-szafkowej (nieuzywane), dwie pary klapek w spadku po poprzednich lokatorach (i tlumaczach), kabel z internetem w srodku. Z pokoju wychodze w trybie boso, bo jak mnie ciec na dole zobaczy w butach, to zderzenie kultur murowane. Zjezdzam w dol meska winda (rano daje sie w niej jeszcze wytrzymac). Buty zakladam przy samym wyjsciu z akademika, ide dziesiec krokow polskich (dwanascie koreanskich) na stolowke, jem (sniadania sa akurat najgorsze), z premedytacja przegapiam autobus do pracy (choc wiem, ze zawsze jacys dwaj spoceni faceci trzymaja dla mnie miedzy soba cieple, siedzace miejsce) i ide pieszo, nad smierdzaca rzeka, potem przez bardzo ladny park, najlepiej z kims bardzo ladnym. W fabryce nie podbijam karty, tylko sie loguje identyfikatorem, potem trafiam przez labirynt korytarzy do "Szatni dla Polakow", zostawiam sweter, zabieram smoka (stroj roboczy, przywodzi na mysl troche Teletubisie, troche reklame Durexow, lub moze bardziej jeden z epizodow w jednym z filmow Woody'ego Allena, przechodze do drugiej szatni, w ktorej mojego bialego smoka zakladam. Ze smokiem nie ma zartow, trzeba zakladac zgodnie z wytycznymi, bo krazy legenda o kobiecie, ktora pojawia sie nagle w szatni z aparatem w reku i robi niesubordynantom zdjecia -- dowod popelnienia przestepstwa. Zakladam tez specjalne buty (ostatnio musialem jedna pare oddac, bo zglosil sie po nie wlasciciel, ktory dojrzal na nich swoje nazwisko) i dwie pary rekawiczek, najpierw z materialu, potem gumowe, takie zeby sie rece bardziej pocily). Potem przechodze waskim korytarzem z prysznicem powietrznym, ktory zdmuchuje ze mnie wszystkie ziarenka kurzu, o ile kurz ma ziarenka. Wreszcie wchodze na hale. Nie czuje sie glupio w moim glupim stroju, bo nosza go wszyscy jak okiem siegnac, a efekt komiczny jest wprost proporcjonalny do zageszczenia pracownikow. Ludzi w smokach w ogole ciezko czasem poznac, widac tylko twarz, bez czola, ani jednego wlosa, lapie sie na tym, ze postrzegam ich w oderwaniu od tego, kim rzeczywiscie sa po wyjsciu z pracy, czy nawet w trakcie przerwy na lunch. Jestem w trakcie mozolnego ale pelnego wrazen procesu kojarzenia twarzy z pracy z twarzami ze stolowki, moment olsnienia jest zawsze przyjemny i musze uwazac, zeby sie przypadkiem nie zasmiac. Koreanczycy w smokach to osobny temat. Koreanki w smokach to temat jeszcze osobniejszy, sa male, wesole, maja zabawne ruchy i naprawde przypominaja czesto postacie z filmow animowanych. Niestety, musicie mi uwierzyc na slowo, w fabryce obowiazuje bezwzgledny zakaz wnoszenia fotoaparatow. Szkoda, nagralbym tez poranna sesje motywacyjna, w trakcie ktorej koreanscy pracownicy przez dobre kilka minut stoja naprzeciwko siebie w dwoch szeregach, wykrzykuja w uporzadkowanym amoku mobilizujace hasla, machaja rekoma, przysiegaja wiernosc Firmie. Pracuje w TQC, czyli Total Quality Control, czyli Calosciowa Kontrola Jakosci. Trafiaja tu ekrany zdefektowane, w ktorych trzeba np. naprawiac piksele na panelu laserem, albo wymienic polaryzator (nie myslcie, ze wdaje sie w tym momencie w szczegoly techniczne - nie macie doprawdy pojecia, co to sa szczegoly). W zgodnej opinii mojego przelozonego (jezeli moge tak o nim powiedziec, bo jednak jestesmy na troche innych prawach niz operatorzy i technicy) pracuje na najciezszym odcinku, jest tu duzo roznych stanowisk i duzo pracy, ale ma to swoje plusy, czas szybciej zlatuje. Atmosfera jest FAJNA. Na kazdym stanowisku pracuje Koreanczyk/-anka, a razem z nim Polacy, ktorzy dopiero sie ucza. Ja, a wlasciwie ja i moja koreanska tlumaczka, jestesmy brakujacymi ogniwami w ciagu (W PRZERWIE W PRACY LUNCH, DOBRE) komunikacyjnym (koreanski -> angielski -> polski -> angielski -> koreanski). Zwykle jestesmy rozchwytywani, bo kazdy chce nas miec, a stanowisk jest w sumie z dziesiec. Najwazniejsze, ze ludzie (niezaleznie od rasy) sa przyjazni, pozytywnie nastawieni, z braku lepszych srodkow wyrazu usmiechaja sie do siebie na okraglo, wiekszosc Polakow rzeczywiscie chce sie czegos nauczyc, a Koreanczycy staraja sie im pomoc, choc koniec koncow wszystko i tak zalezy czesto od tlumaczy. Mysle sobie czasem, ze jak przetlumacze zle jakies zdanie, to za pare lat komus moze sie zepsuc telewizor w polowie "Wiadomosci". Prace utrudnia troche fakt, ze moja koreanska polowa srednio mowi po angielsku jak na osobe zatrudniona jako tlumacz, jest za to do bolu pocieszna, wrecz sympatyczna. Dzisiaj dala drapaka i nie bedzie jej jutro w pracy, wiec wlasciwie nie wiem, co ja tam bede robil, ale najwazniejsze, ze mi za to zaplaca. Do domu wracam znowu przez park, z kolezanka z Polski, Ania, czasem z paroma innymi, np. Julia, Weronika (niech Was nie zmyla polskie imiona.. :D). Jest juz prawie ciemno, ale wciaz w miare cieplo, to znaczy, jezeli ma sie kurtke i szalik. W oddali, za wyschnietym korytem wielkiej rzeki widac miasto, a za miastem rysuja sie naprawde wielkie gory, ktore dopiero o tej porze wygladaja jak nalezy, bo w dzien gina w smogu. Spacer robi dobrze, po spacerze nie chce sie spac, a kolacja smakuje lepiej (nie zeby bylo z nia cos nie tak). Jedynym minusem spaceru jest most, na ktorym cuchnie (na szczescie "rzeka" cuchnie wertykalnie, wiec wystarczy zejsc z mostu i mozna odetchnac z ulga). W sobote opuszczam przynajmniej na jeden dzien Gumi, uderzamy do Pusan, gdzie kilka lat temu Edyta Gorniak w czasie Mistrzostw Swiata zmasakrowala hymn Polski, troche w michalowo-jankowej konwencji 'spiewamy na inna melodie'. Moze rzucimy okiem na wielki stadion (Michal: stadion ;-), ale na pierwszym planie mamy targ rybny (najwiekszy w kraju), wieze widokowa (najwieksza w kraju?) i.. glowe daje, ze o czyms zapomnialem. I na koniec.. byc moze zainteresuje Was rowniez, ze w Korei okres przebywania w brzuchu mamy liczy sie ludziom do wieku, a wiec zaraz po urodzeniu czlowiek ma rok. Lukasz, lat 25 P.S. Janek, moze nastepnym razem zanim wyznaczysz nowy standard dlugosci maila z zagranicy skonsultujesz to z reszta diaspory :-) czwartek, 02 listopada 2006, el.wu
|
|